"Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie
kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo
wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się
w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca.
Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj
choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej."
Ryszard Kapuściński w "Podróżach z Herodotem" (cytat zasięgnięty z maila od Jagody :))
Jest piątek, najspokojniejszy dzień z naszej podróży po Istambule. Gdy razem z Adrianem zasiadamy do śniadania Alptu wychodzi pozałatwiać kilka swoich spraw. Następne my ruszamy na szybkie zakupy do pobliskiego centrum handlowego, gdzie kupujemy produkty na pierogi, jak i prezent dla naszego kolegi. Gdy wracamy do domu zabieramy się, razem z mamą Alptu, za robienie mante, czyli naszego tradycyjnego dania w wersji tureckiej.
Więc ten dzień jest poświęcony gotowaniu.
Po południu, gdy wszystko było już gotowe i gdy Alptu wrócił udajemy się "na miasto". Kierujemy się na Taksim, gdzie w jednej z kawiarni znajdującej się na dachu wypijamy kawę. Następnie wędrujemy nad Bosforem.
Ten wieczór spędzamy również z koleżanka Alptu...
piątek, 25 stycznia 2013
poniedziałek, 21 stycznia 2013
Istambuł, dzień piąty
"Jeśli mówią, że masz ostatnią szansę spojrzeć na świat, chciałbym aby było to ze wzgórza Camlica w Stambule".
Alphonse de Lamartine
Piszę już do Was z Rumunii. Spokojnej, przyjaznej Rumunii. Gdzie jest Martka i Stefan, w miejscu gdzie odpoczywamy.
Ale jeszcze czas na opowieści z Istambułu. W dzień piąty wyszliśmy zwiedzać miasto z Alptu. Zaczęliśmy od parku miniatur. Przyjemne miejsce. W większości oglądaliśmy już to, co wcześniej udało nam się zwiedzić. Następnie muzeum pełne pojazdów, także technologii, transportu. Pięknie zrobione i ciekawsze niż mogło mi się wydawać na początku. A moja ulubiona część to stare samochody :)
Dalej poszliśmy kupić bilety na pociąg do Rumunii. Spacerowaliśmy po mieście, zjedliśmy bosforską rybę w bułce, płynęliśmy promem i pojechaliśmy na jedno ze wzgórz. Aby dostać się na szczy użyliśmy kolejki- teleferik, gdzie też wypiliśmy turecką herbatę.
Wieczór spędziliśmy w domu, z Urem i rodzicami Alptu, a chłopaki w międzyczasie pojechali do fryzjera.
Czuję się zmęczona, dlatego też będę kończyła. Buziaki z Rumunii :*
Większość zdjęć z tego okresu jest zrobiona przez Alptu jego aparatem, co da się wyczuć ;)
Alphonse de Lamartine
Piszę już do Was z Rumunii. Spokojnej, przyjaznej Rumunii. Gdzie jest Martka i Stefan, w miejscu gdzie odpoczywamy.
Ale jeszcze czas na opowieści z Istambułu. W dzień piąty wyszliśmy zwiedzać miasto z Alptu. Zaczęliśmy od parku miniatur. Przyjemne miejsce. W większości oglądaliśmy już to, co wcześniej udało nam się zwiedzić. Następnie muzeum pełne pojazdów, także technologii, transportu. Pięknie zrobione i ciekawsze niż mogło mi się wydawać na początku. A moja ulubiona część to stare samochody :)
Dalej poszliśmy kupić bilety na pociąg do Rumunii. Spacerowaliśmy po mieście, zjedliśmy bosforską rybę w bułce, płynęliśmy promem i pojechaliśmy na jedno ze wzgórz. Aby dostać się na szczy użyliśmy kolejki- teleferik, gdzie też wypiliśmy turecką herbatę.
Wieczór spędziliśmy w domu, z Urem i rodzicami Alptu, a chłopaki w międzyczasie pojechali do fryzjera.
Czuję się zmęczona, dlatego też będę kończyła. Buziaki z Rumunii :*
Większość zdjęć z tego okresu jest zrobiona przez Alptu jego aparatem, co da się wyczuć ;)
| park miniatur |
| muzeum transportu |
| parzenie tureckiej herbaty |
| na promie |
| galata tower w garści |
| na wzgórzu |
czwartek, 17 stycznia 2013
Istambuł, dzień czwarty
"Gdyby świat byłby tylko jednym państwem Stambuł byłby jego stolicą."
Napoleon Bonaparte
Co sądzicie o tym cytacie? Moja odpowiedź brzmi: nie. To nie była by stolica świata. Dlaczego i jakie miasto by nią było? Nie wiem... może kiedyś odpowiedź sama do mnie przyjdzie.
Dzień czwarty jest dobry i spokojny. Pisząc to w dzień piąty jestem zła. Nie lubię tego miasta, ludzi, meczetów, chust na głowach kobiet. Czuję się trochę jak mała dziewczynka która stoi odwrócona plecami i tupie nogą. Mam ochotę krzyczeć, pokazać co myślę, co sądzę o dziwnym zakazie niejedzenia wieprzowiny. Ah tak, wylewa się żółć... a chodzi o rodzinę u której mieszkamy. Kielich goryczy się rozlewa. Czuję na własnej skórze jak bardzo "tradycyjnie" jest tu traktowana kobieta. To ja mam robić herbatę, gotować, ubierać się odpowiednio, zostawać w domu i najlepiej jeszcze zostać muzłumanką. Odliczam godziny do naszego pociągu, który zabierze nas do Bukaresztu, 46godzin39minut...
Dzień czwarty jest dobry i spokojny. Postanowiliśmy wyruszyć raz jeszcze w starą część Istambułu. Zaczęliśmy od grand bazaru. Magiczne miejsce, pełne zakamarków, głośnych kupców, zapachów. Jest ono również bardzo rozległe.
Następnie poszliśmy przejść się nad Morze Marmara, zwiedziliśmy Małą Hagię Sophię, czymś bardzo ładnym była dla mnie cysterna miejska. Z zewnątrz wyglądała bardzo niepozornie, jak mały domek, ale pod ziemią tworzyła piękną kompozycję kolumn u stóp których znajdowała się woda, w której pływały karpie. W przyciemnionym świetle dawało to niezwykle magiczno/romantyczny urok.
Oprócz tego zobaczyliśmy bułgarską cerkiew św. Stefana, akwedukt i kilka ciekawych zakamarków.
Wieczorem do domu wrócił Alptu.
Napoleon Bonaparte
Co sądzicie o tym cytacie? Moja odpowiedź brzmi: nie. To nie była by stolica świata. Dlaczego i jakie miasto by nią było? Nie wiem... może kiedyś odpowiedź sama do mnie przyjdzie.
Dzień czwarty jest dobry i spokojny. Pisząc to w dzień piąty jestem zła. Nie lubię tego miasta, ludzi, meczetów, chust na głowach kobiet. Czuję się trochę jak mała dziewczynka która stoi odwrócona plecami i tupie nogą. Mam ochotę krzyczeć, pokazać co myślę, co sądzę o dziwnym zakazie niejedzenia wieprzowiny. Ah tak, wylewa się żółć... a chodzi o rodzinę u której mieszkamy. Kielich goryczy się rozlewa. Czuję na własnej skórze jak bardzo "tradycyjnie" jest tu traktowana kobieta. To ja mam robić herbatę, gotować, ubierać się odpowiednio, zostawać w domu i najlepiej jeszcze zostać muzłumanką. Odliczam godziny do naszego pociągu, który zabierze nas do Bukaresztu, 46godzin39minut...
Dzień czwarty jest dobry i spokojny. Postanowiliśmy wyruszyć raz jeszcze w starą część Istambułu. Zaczęliśmy od grand bazaru. Magiczne miejsce, pełne zakamarków, głośnych kupców, zapachów. Jest ono również bardzo rozległe.
Następnie poszliśmy przejść się nad Morze Marmara, zwiedziliśmy Małą Hagię Sophię, czymś bardzo ładnym była dla mnie cysterna miejska. Z zewnątrz wyglądała bardzo niepozornie, jak mały domek, ale pod ziemią tworzyła piękną kompozycję kolumn u stóp których znajdowała się woda, w której pływały karpie. W przyciemnionym świetle dawało to niezwykle magiczno/romantyczny urok.
Oprócz tego zobaczyliśmy bułgarską cerkiew św. Stefana, akwedukt i kilka ciekawych zakamarków.
Wieczorem do domu wrócił Alptu.
| w podziemnej cysternie |
| Mała Hagia Sophia |
| tradycyjny turecki zestaw, herbata i simit |
| grand bazar |
środa, 16 stycznia 2013
Istambuł, dzień trzeci
"Żadne żaby nie grają tak pięknie jak polskie."
Pan Tadeusz, księga ósma (muzeum Adama Mickiewicza w Istambule)
Tego dnia sami z Adrianem wyruszyliśmy w miasto. Dojechaliśmy do Taksim, gdzie chwilę pospacerowaliśmy i udaliśmy się w drogę do muzeum naszego wieszcza, Adama Mickiewicza. Mieściło się ono na "szemranej dzielnicy", gdzie też zakończył on swój żywot, a w piwnicy budynku mieścił się jego symboliczny grób. Tu na obczyźnie, czuję się bardziej patriotką, dlatego tak mi miło było przebywać w tym domu, tak bardzo związanym z Polską.
Dalej postanowiliśmy ruszyć na Bebek. Jest to dzielnica, dość daleko, nad Bosforem, a naszym przeznaczeniem był Starbucks :) Znów za namową naszego kolegi, udaliśmy się właśnie tu, gdyż jego zdaniem jest to najpiękniejszy Starbucks na świecie. I muszę powiedzieć, że jest on cudowny, nad samym Bosforem, bardzo duży, przestronny. Ja w takich miejscach, mogłabym spędzać całe dnie, czytając, patrząc na Bosfor, słuchając muzyki i pijąc dobrą kawę.
Ale wypadałoby się na chwilę cofnąć. Szliśmy na Bebek, pomiędzy meczetami, czasem nad zatoką, po drodze odwiedziliśmy jeden z pałaców. W zwiedzaniu miast lubię właśnie te momenty, gdy się po prostu błądzi, spaceruje, zagląda w zakamarki i słyszy rytm miasta. Zauważyliśmy też dużo kościołów.
Bebek okazał się jednak znacznie dalej niż przypuszczaliśmy, dlatego dalej złapaliśmy autobus, jak i z powrotem na Taksim, gdzie o 3.30 pm byliśmy umówieni z Urem.
Wspólnie razem poszliśmy do jego kolegi, który pracował w pobliskiej kawiarni, a może był właścicielem? Tu napiliśmy się tureckiej herbaty i pojechaliśmy na Ortakoy, do meczetu nad zatoką. Niestety, był on w renowacji, a podobno, jest on niepodobny do innych ;) no cóż, nie wszystko da się zobaczyć, a zmrok nad Bosforem wynagradza wszystko,a także wśród urokliwych uliczek..
Oddzielną historią od zwiedzania Istambułu, jest nasze życie w mieszkaniu z Memet hodzia i Aysze hodzia. Adrian śmieje się ze mnie, gdyż mam szczególne względy u mamy Alptu, której najwyraźniej brakowało córki. Tak więc suszy mi ona włosy, chce ze mną gotować, lepić "tureckie pierogi"... brrr czuję się osaczona i najchętniej całe dnie spędzałabym chodząc po Istambule. Z jednej strony jestem bardzo wdzięczna za gościnę, za to, że możemy tu mieszkać, a z drugiej strony mam już dość bycia zależną. Poznaję też coraz lepiej siebie i widzę, że jestem jedną z tych osób, które potrzebują swojej przestrzeni...
I ostatnia "przygoda". Właśnie tego dnia ubrałam sukienkę, która sięgała do połowy uda, nie była ona jednak "wyzywająca", w moim oglądzie tej sytuacji, jednak Memet hodzia, tata Alptu powiedział mi, że mam się przebrać. Był miły, ale było mi z tym źle. Gdzie jest granica między uszanowaniem ich kultury i zasad gościnności, a gdzie mojego ja, tego kim jestem? Wiem, że można się dużo rozwijać na ten temat, a tego nie chcę. Pora spać, więc dobranoc :)
Pan Tadeusz, księga ósma (muzeum Adama Mickiewicza w Istambule)
Tego dnia sami z Adrianem wyruszyliśmy w miasto. Dojechaliśmy do Taksim, gdzie chwilę pospacerowaliśmy i udaliśmy się w drogę do muzeum naszego wieszcza, Adama Mickiewicza. Mieściło się ono na "szemranej dzielnicy", gdzie też zakończył on swój żywot, a w piwnicy budynku mieścił się jego symboliczny grób. Tu na obczyźnie, czuję się bardziej patriotką, dlatego tak mi miło było przebywać w tym domu, tak bardzo związanym z Polską.
Dalej postanowiliśmy ruszyć na Bebek. Jest to dzielnica, dość daleko, nad Bosforem, a naszym przeznaczeniem był Starbucks :) Znów za namową naszego kolegi, udaliśmy się właśnie tu, gdyż jego zdaniem jest to najpiękniejszy Starbucks na świecie. I muszę powiedzieć, że jest on cudowny, nad samym Bosforem, bardzo duży, przestronny. Ja w takich miejscach, mogłabym spędzać całe dnie, czytając, patrząc na Bosfor, słuchając muzyki i pijąc dobrą kawę.
Ale wypadałoby się na chwilę cofnąć. Szliśmy na Bebek, pomiędzy meczetami, czasem nad zatoką, po drodze odwiedziliśmy jeden z pałaców. W zwiedzaniu miast lubię właśnie te momenty, gdy się po prostu błądzi, spaceruje, zagląda w zakamarki i słyszy rytm miasta. Zauważyliśmy też dużo kościołów.
Bebek okazał się jednak znacznie dalej niż przypuszczaliśmy, dlatego dalej złapaliśmy autobus, jak i z powrotem na Taksim, gdzie o 3.30 pm byliśmy umówieni z Urem.
Wspólnie razem poszliśmy do jego kolegi, który pracował w pobliskiej kawiarni, a może był właścicielem? Tu napiliśmy się tureckiej herbaty i pojechaliśmy na Ortakoy, do meczetu nad zatoką. Niestety, był on w renowacji, a podobno, jest on niepodobny do innych ;) no cóż, nie wszystko da się zobaczyć, a zmrok nad Bosforem wynagradza wszystko,a także wśród urokliwych uliczek..
Oddzielną historią od zwiedzania Istambułu, jest nasze życie w mieszkaniu z Memet hodzia i Aysze hodzia. Adrian śmieje się ze mnie, gdyż mam szczególne względy u mamy Alptu, której najwyraźniej brakowało córki. Tak więc suszy mi ona włosy, chce ze mną gotować, lepić "tureckie pierogi"... brrr czuję się osaczona i najchętniej całe dnie spędzałabym chodząc po Istambule. Z jednej strony jestem bardzo wdzięczna za gościnę, za to, że możemy tu mieszkać, a z drugiej strony mam już dość bycia zależną. Poznaję też coraz lepiej siebie i widzę, że jestem jedną z tych osób, które potrzebują swojej przestrzeni...
I ostatnia "przygoda". Właśnie tego dnia ubrałam sukienkę, która sięgała do połowy uda, nie była ona jednak "wyzywająca", w moim oglądzie tej sytuacji, jednak Memet hodzia, tata Alptu powiedział mi, że mam się przebrać. Był miły, ale było mi z tym źle. Gdzie jest granica między uszanowaniem ich kultury i zasad gościnności, a gdzie mojego ja, tego kim jestem? Wiem, że można się dużo rozwijać na ten temat, a tego nie chcę. Pora spać, więc dobranoc :)
| szemrana okolica w której mieszkał Mickiewicz |
| Adam |
| widok z okna Starbusksa na Bebeku :) |
| Pałac w którym zmarł Ataturk ;) |
| Ur ze znajomym.... |
| i nasza turecka kawa |
| chłopaki podtrzymują most |
Istambuł, dzień drugi
" Wczoraj o świcie ujrzeliśmy Bosfor. Odblask słońca, padający na miasto, wielkie sprawił wrażenie. Patrzyliśmy, że tak się wyrażę, na rodzący się Konstantynopol, wynurzający się z cienia i mgły. Musieliśmy czekać długo, nim wdano nam nasze rzeczy. Tymczasem podziwialiśmy meczet Ahmeta, potem Seraj i Św. Zofię, która panuje nad wzgórzem, na którym wznosi się Konstantynopol. Łódka przeniosła nas na wybrzeże przedmieścia Galata."
Armand Levy do Władysława Mickiewicza, 23 września 1855
Po wspólnym śniadaniu z Urem, mamą Alptu i Adrianem wyruszyliśmy w stronę Uniwersytetu Marmara, na którym to nasz towarzysz miał egzamin, a mieścił się on po stronie azjatyckiej. Jechaliśmy niecałe dwie godziny, ruch uliczny jest tu zabójczy.
Uniwersytet, podobno najlepszy w dziedzinie wychowania fizycznego w Turcji, jak dla mnie jest mały i chowa się w blasku naszego warszawskiego awfu. Zaczynamy zwiedzać obiekty sportowe, po czym Ur udaje się na egzamin a my kierujemy się do stołówki na lunch.
Po około 1,5 godzinie opuszczamy uczelniane mury, a nasza kompania się powiększyła, dołączyli do nas Mamet Emi i Mert. Ruszyliśmy najpierw nad Bosforn, pogoda tego dnia była piękna, niebo błękitne. Zobaczyliśmy twierdzę, po czym rozpoczęliśmy wspinaczkę na pobliskie wzgórze, gdzie mieści się park z pięknym widokiem.
Na europejski kontynent wróciliśmy promem. Za radą Aykuta zaopatrzyliśmy się w simit dla ptaków, które chętnie o niego walczyły.
Dalej kroczyliśmy w kierunku Taksim, dzielnicy pełnej kawiarni, barów. Najpierw przejechaliśmy jedną stację historycznym metrem (drugim na świecie) po czym udaliśmy się do wierzy Galata z której rozpościerał się piękny widok, a gra kolorów na niebie dokończyła dzieła cudu :)
Spacerowaliśmy spokojnie główną ulicą spacerową, Istiklal Caddesi. Tu można poczuć się europejsko, a zarazem zobaczyć jak przenikają się kultury. Jeszcze raz zboczyliśmy z trasy, by zajrzeć do katolickiego kościoła, myślę, że było to bardzo ciekawe dla naszych tureckich towarzyszy podróży.
W ten sposób dotarliśmy do pomnika nikogo innego, jak Ataturka, który wieńczy ten deptak. Tu też rozstaliśmy się z Memetem Emi i Mertem, a razem z Urem wróciliśmy do domu.
Armand Levy do Władysława Mickiewicza, 23 września 1855
Po wspólnym śniadaniu z Urem, mamą Alptu i Adrianem wyruszyliśmy w stronę Uniwersytetu Marmara, na którym to nasz towarzysz miał egzamin, a mieścił się on po stronie azjatyckiej. Jechaliśmy niecałe dwie godziny, ruch uliczny jest tu zabójczy.
Uniwersytet, podobno najlepszy w dziedzinie wychowania fizycznego w Turcji, jak dla mnie jest mały i chowa się w blasku naszego warszawskiego awfu. Zaczynamy zwiedzać obiekty sportowe, po czym Ur udaje się na egzamin a my kierujemy się do stołówki na lunch.
Po około 1,5 godzinie opuszczamy uczelniane mury, a nasza kompania się powiększyła, dołączyli do nas Mamet Emi i Mert. Ruszyliśmy najpierw nad Bosforn, pogoda tego dnia była piękna, niebo błękitne. Zobaczyliśmy twierdzę, po czym rozpoczęliśmy wspinaczkę na pobliskie wzgórze, gdzie mieści się park z pięknym widokiem.
Na europejski kontynent wróciliśmy promem. Za radą Aykuta zaopatrzyliśmy się w simit dla ptaków, które chętnie o niego walczyły.
Dalej kroczyliśmy w kierunku Taksim, dzielnicy pełnej kawiarni, barów. Najpierw przejechaliśmy jedną stację historycznym metrem (drugim na świecie) po czym udaliśmy się do wierzy Galata z której rozpościerał się piękny widok, a gra kolorów na niebie dokończyła dzieła cudu :)
Spacerowaliśmy spokojnie główną ulicą spacerową, Istiklal Caddesi. Tu można poczuć się europejsko, a zarazem zobaczyć jak przenikają się kultury. Jeszcze raz zboczyliśmy z trasy, by zajrzeć do katolickiego kościoła, myślę, że było to bardzo ciekawe dla naszych tureckich towarzyszy podróży.
W ten sposób dotarliśmy do pomnika nikogo innego, jak Ataturka, który wieńczy ten deptak. Tu też rozstaliśmy się z Memetem Emi i Mertem, a razem z Urem wróciliśmy do domu.
| Kanki, czyli po turecku Bracia :) |
| na tle Bosforu po azjatyckiej stronie Istambułu |
| simit dla mew |
| drugie najstarsze metro na świecie |
| na wieży Galata |
| widok na Istambuł |
| w kościele św. Antoniego |
| znów w chuście |
Subskrybuj:
Posty (Atom)